Z więziennych wędrówek

O prawach osób pozbawionych wolności – w aktach i w rzeczywistości.

Wszystko zaczęło się… Tak naprawdę nie wiem kiedy. Czy w ogóle można wiedzieć gdzie początek jakiejś idei? Znać wszystkie nitki, które w końcu dorosłe życie naznaczą? Może wtedy, bo dlaczego pamiętam, gdy jako gimnazjalistka przechodziłam obok więzienia, patrzyłam w zakratowane okna. Współczucie i ciekawość zarazem. Jak oni tam żyją!?

Po ukończonych studiach w Warszawie, znalazłam się w Krakowie w Centralnym Więzieniu jako praktykantka. Wcześniej moja mistrzyni – profesor Maria Ossowska, sprawiła, że przyjęto mnie w Ministerstwie Sprawiedliwości (w jakimś gabinecie, u jakiegoś dyrektora, to pewne). Z całej tej wizyty pamiętam moment przed wejściem do gabinetu. Siedzę na krześle, wysunęłam nogę i nagle widzę, że but mój zwyczajnie rozdziawia paszczę; odkleiła mu się zelówka(słotny był wówczas dzień). Tak, jak wtedy i dziś jeszcze chce mi się śmiać i … śmieję się. W każdym razie przyjęto mnie w Krakowie na Montelupich. No, właśnie, tylko dlaczego chciałam pracować w więzieniu!? Nie umiem powiedzieć, nie wiem.

Czas spędzony w Centralnym Więzieniu w Krakowie i w podlegającym mu administracyjnie areszcie dla kobiet próbowałam opisać w mini-eseju Moja pierwsza praca.[1] Włączę tu pewne tej wypowiedzi fragmenty. Jednak w zasadzie nie chciałabym opisywać dokładniej, pełniej i w szczególnie zdyscyplinowanej formie tamtego czasu, ani też późniejszych spotkań z instytucją więzienia i jej podopiecznymi w Polsce i w innych krajach Europy. [2] Chcę ukazywać te obrazy, które pamięć sama nasunie, uzupełniając je pewnymi danymi oraz refleksjami. Przywołam też najważniejsze akta międzynarodowe o prawach osób pozbawionych wolności, zarysuję również sytuację penitencjarną w Polsce przed i po 1989 r. Jest jeszcze Post Scriptum: ukazuję początek moich europejskich wędrówek po więzieniach oraz kilka obrazków z przygodami pozawięziennymi; ich sens raczej w przesłaniu, które niosą, w dopełnieniu obrazu czy też w tworzeniu jego tła.

Całość, mimo fragmentu bardziej usystematyzowanego wykładu, uznać trzeba, ma w istocie charakter eseju.

Polska

Moja pierwsza praca.[3]

„Przetrwałam w niej prawie trzy lata. Odeszłam. Pozostały mi bliskie te sprawy, od nich nie odchodzę. W dniu, w którym ostatecznie żegnałam, pozostałam długo poza obowiązującymi godzinami, nie umiałam odejść. Mimo zła – wiele niedobrego, które mnie spotkało, znajdywałam tam także trochę szczęścia, czasem dużo ciepła. Czułam się związana ze swoimi więźniarkami, może widziałam w nich przede wszystkim cierpiących ludzi.

/…/

Głowę miałam nabitą ideałami – mimo wielu już lat byłam nieprawdopodobnie, nie dwudziestowiecznie naiwna. Wyszłam spod skrzydeł opiekuńczych najpiękniejszych ludzi nauki, najpiękniejszych charakterów.[4]

/…/ znalazłam się w Centralnym Więzieniu w Krakowie w charakterze praktykanta. Program praktyki obejmował wszystkie działy, więc administracyjny, gospodarczy, finansowy, penitencjarny (wychowawczy). Najdłużej miała trwać praktyka w dziale penitencjarnym – u psychologa, wychowawców. Pensję miano mi podwyższyć po trzech miesiącach, o ile na to zasłużę.

Zabrałam się z zapałem do pracy; zaczęło się od administracyjnej. Bardzo nie lubię takiej papierkowej roboty, ale chciałam jak najszybciej dorwać się do bezpośredniej pracy z więźniami, do pracy z psychologiem, wychowawcami. Chciałam też zasłużyć sobie – warunki materialne miałam teraz gorsze, aniżeli w czasie studiów.

Uśmiechałam się do wszystkich, szczęśliwa, że pracuję, że wkrótce będę mogła zaspokoić swe pragnienie bezpośredniej pracy z przestępcami, umiejętnym postępowaniem z nimi przekonać o słuszności najbliższej mi tezy, że w każdym człowieku jest wiele dobra.

Te magistry powinny więcej pracować, skoro im więcej płacą.

Jak oni się uczyli, to myśmy byli dobrzy do pracy. . .

Uśmiechałam się, nie uważałam, że to mówi się do mnie także. Sama nie ceniłam ludzi za tytuły.

Mój pobyt w administracji przedłużał się. Często trzeba było kogoś zastępować. Okazało się też, że wklejanie jakichś kart do akt jest najwłaściwszym zajęciem dla praktykanta. Nie traktowano poważnie planu praktyki, chodziło raczej o łatanie dziur. Okazało się też, że nadaję się do pracy administracyjnej. . . jedna z pań zamierzała odejść, napomykano . . . Uśmiechałam się i mówiłam co mnie interesuje. Jednak mijały miesiące, a ja wciąż tkwiłam w administracji. Gdy brakło kogoś – zastępowałam, spełniałam odpowiedzialną pracę, a potem znów wklejałam pisma do akt. Przestałam wierzyć, że przejdę kiedyś do tak wyczekiwanej pracy w dziale penitencjarnym. Zaczynałam myśleć o porzuceniu tego. Trzy miesiące minęły, podwyżki nie otrzymałam. /…/

Po długim upominaniu się przydzielono mnie wreszcie do pracy z psychologiem. Przeprowadzałam wywiady środowiskowe, rozmowy z więźniami, wypełniałam kwestionariusze.”

Nie mogłam doczekać się wejścia na oddziały. Wreszcie któregoś dnia psycholog zabiera mnie ze sobą. Pójdziemy do osadzonego, o którym już często wcześniej mi opowiadano: wielekroć dokonywał samookaleczeń – rozdziera sobie ledwie zagojoną ranę na brzuchu, wyjmuje wnętrzności. Wystarczy, że trochę się zdenerwuje. Ufna i zadufana, bo przecież zawsze trafiam do ludzi, szczególnie do tych trudnych, z radością i niecierpliwością poszłam. Rozmawiał głównie pan psycholog, ja rzadziej się włączałam. Oczywiście nie pamiętam już dzisiaj żadnego wątku tej rozmowy.

Pan psycholog należał do ludzi spokojnych, zrównoważonych, życzliwych innym, ja – z nastawieniem stawania zawsze po stronie słabszych. Rozmowa przebiegała spokojnie, w atmosferze odpowiadającej naszym nastawieniom do tego więźnia. Nagle w zachowaniu osadzonego jakiś niepokój, narastające zdenerwowanie i słowa: mogę rozedrzeć brzuch, mogę wam pokazać. Już odchyla koszulę, ukazuje poszarpane ciało– Nie, nie trzeba, my już musimy pójść– to psycholog. A we mnie słabość, przerażenie. Wychodzimy z celi, potem długie czekanie na strażników przed jedną bramką, przed drugą –Co Pani jest? – pyta ktoś. Ponoć byłam śmiertelnie blada. Powoli, na świeżym powietrzu wracam do siebie.

„Myślę, że zbyt naiwnie postępowałam wtedy w stosunku do więźniów (jak zresztą w stosunku do pracowników także). Jednak moje zachowanie, stosunek do osadzonych ukształtowały się w części jako reakcja na poglądy i postawy większości współpracowników. W więźniach widzieli tylko zło – ludzi, w których nie ma nic dobrego, w stosunku do których występować należy tylko z pozycji siły. Zatem ja przesadzałam w przeciwnym kierunku. Uważałam i mówiłam, że są to ludzie często bardziej wartościowi od tych wolnych, są przede wszystkim szczerzy – swój bunt odzwierciedlają w czynach aspołecznych, trzeba tylko tę siłę odpowiednio ukierunkować, by stała się społecznie wartościowa. Myślę, że z powodu jawnego głoszenia swych poglądów budziłam nieufność. /. . ./ Pamiętam swe wykroczenia (z pewnością dużo mniej niż odnotowali inni). Wspomnę o jednym. Kiedyś ktoś usłyszał, jak do więźnia odezwałam się „pan” (powszechnie zwracało się per „wy”). Doniesiono o tym p. Naczelnikowi. On jednak nie dostrzegł w tym nic zagrażającego. Uśmiechnął się do mnie (ku rozczarowaniu zapewne donosicieli). Zauważam, że, jak więźniowie, jak moje więźniarki, stawałam się głodna uśmiechów. Uśmiech wydaje się symbolem życzliwości, a tej w moim otoczeniu coraz bardziej zaczynało mi brakować.

W stosunku do moich podopiecznych – więźniów, nie myślałam o sobie jako o kobiecie, nie czułam się kobietą. Zagarnęła mnie idea człowieka, tego co wspólne. Takie widzenie i odczuwanie chciałam też narzucić, im, dziwiłam się szczerze, gdy czasem w chwilach otwartej rozmowy, któryś z nich wyznawał coś przeciwnego. Nie uważam jednak, by mogło to przeszkadzać w pracy psychologa, może raczej ułatwić oddziaływanie. Trudniej jednak pracować kobiecie w charakterze wychowawcy wśród więźniów.

Nie miałam dyplomu psychologa. Po roku pracy w Centralnym Więzieniu przeszłam do podległej Centralnemu Więzieniu jednostki – areszt kobiecy, w charakterze wychowawcy.

Wszystkie trudności, doświadczone wcześniej na „Monte”, zaczęły się od początku, w stopniu o wiele bardziej natężonym. Niewiele z nowych idei tu się przedostało. Wychowawca zdawał się być kimś zupełnie niepotrzebnym. Komendant Aresztu zaproponował pracę administracyjną. Nie podporządkowałam się. Naczelnik Centralnego Więzienia na Montelupich uchylił decyzję komendanta.

Miałam teraz własny teren – ugór, i pragnienie pracy. Nie działo się tu wcześniej nic poza wypożyczaniem książek. Zaczęłam od pogadanek. Do pomocy wzięłam więźniarkę, która dotąd prowadziła bibliotekę. Poprosiłam ją o przygotowanie literackiego materiału i – po moim weń wglądzie, o przedstawienie w poszczególnych celach. Do celi weszłyśmy razem, jednak po chwili wyszłam zostawiając ją samą. Nie zdążyłam wrócić do pokoju komendanta a już oddziałowa poinformowała go o tym. Orzekł, że moje postępowanie jest niewłaściwe, że muszę pozostać w celi przez cały czas prelekcji. Próżno próbowałam wyjaśnić, że względy bezpieczeństwa tego nie wymagają a uczestniczenie we wszystkich prelekcjach w każdej celi uniemożliwiłoby wszelką inną pracę.

Długo różne moje działania, posunięcia były traktowane jako akt wrogi i tak też na nie reagowano. Kolejno wysyłano w transport wybrane przeze mnie do współpracy więźniarki. Z każdą sprawą, której załatwienie należało do moich obowiązków, musiałam pójść do komendanta, by zyskać akceptację. Traktowana byłam tak, jakbym prosiła o łaskę dla siebie.

-Chcę pójść do Domu Dziecka, by załatwić umieszczenie tam dzieci więźniarki S; zostało ich troje samych w domu.

-Co, my będziemy dla tej gangreny jeszcze buty drzeć, dość, że żrą za darmo!

Długo się wszystko układało.

Wchodziłam do celi i wysłuchiwałam: „nie otrzymujemy ciepłej wody, uszczupla się czas spaceru. . .” Wobec więźniarek zawsze próbowałam bronić pracownika, wskazywałam na trudności pracy. . . Jednak prośby ich, uwagi notowałam, by wyjaśnić, uzgodnić. Skargi więźniarek przedstawiałam tym osobom, do których się odnosiły lub, które władne było coś w danej sprawie uczynić. Załatwianie skarg i uwzględnianie uwag przebywających w więzieniu kobiet było moim obowiązkiem.

-„Pani je rozpuszcza” – karczemne zachowanie, atak oddziałowych.

Do domu wracałam absolutnie wyczerpana, niezdolna czasem, by czytać lekką powieść. Praca sama w sobie jest bardzo ciężka – nagromadzenie wielu różnych kobiet w jednej celi (większość cel mieściła po kilkanaście osób), zamkniętych w ciągu całego prawie dnia, bezczynnych. Nie było okresu, by nie było wśród nich jednostek psychopatycznych albo psychotycznych. Często płakałam, coraz częściej zastanawiałam się nad rzuceniem tego, ale potem czyjś uśmiech, słowa wdzięczności i znów zaczynałam wierzyć w sens swojego tam istnienia, cieszyć się drobnymi osiągnięciami.

Powoli zmieniał się stosunek współpracowników do mnie, ich rozumienie pracy wychowawczej. Na zebraniach, kursach dowiadywano się o nowych tendencjach, kierunkach w pracy więziennej, zapoznawano się, choć bardzo wycinkowo, z psychologią, pedagogiką.

Komendant wyjechał na kilkumiesięczny kurs, zastąpiła go kobieta energiczna, inteligentna, doceniająca intencje i rezultaty pracy.

Wśród pracowników ochrony odkryłam niezwykła osobę – panią Alę, kobietę z wykształceniem 7 klas, z wrodzoną inteligencją, o wysokim poziomie moralnym, dużym takcie i wyczuciu pedagogicznym.[5] Posiadała uznanie, szacunek więźniarek. Postępowała w stosunku do nich kulturalnie, ale konsekwentnie. Stała się dla mnie kimś bardzo ważnym, nie tylko w życiu więziennym. Zaprzyjaźniłam się tez z jej rodziną – mężem, córkami. Dzięki Niej nie utraciłam wiary w szlachetność i uczciwość ludzi, dźwigałam się w chwilach załamań. Niejednokrotnie wspólnie rozwiązywałyśmy pojawiające się trudne sprawy, uzgadniałyśmy sposób postępowania odnośnie do poszczególnych więźniarek, często dzięki Niej potrafiłam usunąć trudności związane z zachowaniem niektórych osób.

Również inne panie oddziałowe zaczęły okazywać mi więcej zaufania. Przyzwyczaiły się uzgadniać niektóre sprawy, załatwiać je wspólnie, przedstawiać problemy więźniarek lub po prostu wypuszczać je na rozmowę do mnie zamiast, jak dawniej, w odpowiedzi na zgłoszoną prośbę o rozmowę z wychowawcą, zamykać drzwi celi.

Wydawało się, że zyskałam uznanie dla swojej pracy na terenie Aresztu. Podlegałam jednak władzom Centralnego Więzienia na Monte. Przyszedł kierownik Działu Penitencjarnego i odnotował: brak, brak . . . Brak różnych zeszytów, w których należało notować to co się robiło. Nie wiedziałam nic o takim wymogu, kierownik nigdy nie zainteresował się moją pracą, a w czasie praktyki nie byłam u wychowawcy. Nigdy też nie przywiązywałam wagi do papierkowego świadectwa tego co robię – wyżywałam się przecież w swojej pracy.

Na koniec swej kontroli (nie był w żadnej celi, nie zobaczył nic z konkretnej pracy) zapytał: czy to prawda, że pani chce się przenieść? Myślałam o odejściu, nigdy o przeniesieniu się, a i tej myśli nie wypowiadałam. Załamałam się; okazało się, że był ktoś upatrzony na moje miejsce. /…/

W tym samym mniej więcej czasie, było to przed Świętami Bożego Narodzenia, więźniarki składały mi życzenia, dziękowały za pracę z nimi, za to, że łatwiej im znieść warunki, w jakich żyją, że mogą się uczyć, a niektóre także pracować. Płakały; umknęłam szybko, by nie widziały, że płaczę też.

Zaprowadziłam zeszyty. Wiedziałam, ze nie w nich jest wartość mojej pracy. Kierownik też, wyczuwał przynajmniej. Dowiadywał się od innych, sam nie mógł wiedzieć, skądże! Następnym razem – była kolejna wizyta, próbował trochę prawdziwie zbadać stan rzeczy, choć nie całkiem bez nieżyczliwych intencji. Nie przeszedł nawet przez wszystkie cele – czuł się zmęczony. Powiedział do pracowników, że po tygodniu pracy w Areszcie można zwariować. Tak, ale można też czuć się bardzo szczęśliwym. Czy wiecie, jakie było jedno z piękniejszych tam przeżyć?! Karę więzienia odbywała młoda dziewczyna (z oskarżenia swej macochy), została zwolniona przedterminowo. Wkrótce wzięła ślub. W godzinę po wyjściu z urzędu stanu cywilnego znalazła się pod drzwiami Aresztu. Przyszła wraz z mężem, by podziękować – za stosunek do ludzi, za to, że nie traci się wiary w nich. Kwiaty ślubne, otrzymała pani Ala i ja.

Jeszcze inne wspomnienie. Na ulicy spotykam kobietę, która wyraża radość i wręcz przymusza, by wstąpić do kwiaciarni. Kwiaty dla mnie! Chyba wtedy pierwszy raz otrzymałam orchidee. To podziękowanie, że łatwiej było przetrwać trudny czas pozbawienia wolności. /Czy to z tamtym wydarzeniem wiązać, że orchidea to mój ulubiony kwiat!?/

W celi młodocianej przez pewien okres czasu czytano wspólnie na głos „Listy moralne” Seneki. Dziewczyny omawiały je potem, dyskutowały. Tego nie można nazwać osiągnięciem, to było chwilowe, wyjątkowe, szczęśliwe! Prawda, że żadne kłopoty, troski mogą nie być wtedy ważne!? Przyznać muszę, że cela ta była trochę wyróżniana (zarzucano mi to) – częściej tam przychodziłam, brałam udział w dyskusjach. A Wy nie ochranialibyście najbardziej tych, w których wierzycie, przekonani jesteście, iż mogą stać się dobrymi członkami społeczeństwa!?

Popełniłam zapewne dużo błędów, niewłaściwie rozwiązałam wiele spraw, starałam się jednak być konsekwentną, postępować prawie i traktować swoje podopieczne, jak i innych ludzi – posiadające może inne cechy dodatnie, inne wady niż ja, ale nie będące metafizycznymi tworami – przestępczyniami, bez normalnych potrzeb i odczuwań.

Pani nie nadaje się do pracy w więzieniu! Jedna z więźniarek powiedziała to z uśmiechem, z dużą życzliwością, druga w wielkim gniewie. /Były na nią ciągle skargi od innych osadzonych. Podjętą w stosunku do niej decyzją naruszyłam jej status w hierarchii więziennej, zaburzyłam ich wewnętrzny ład./

***

Dlaczego odchodzę?! [6]

Nie odchodzę od tych spraw, zagadnień, od problemu sens kary więzienia.[7]

Zakład karny w Bojanowie

Zbierając materiały do pracy doktorskiej na temat poczucia winy u osób prawnie pozbawionych wolności przebywałam przez siedem tygodni na terenie zakładu karnego dla młodych kobiet pierwszy raz karanych (Bojanów w woj. wielkopolskim)[8]. Przeprowadziłam rozmowy z 38 kobietami (głównie młodociane), oraz 68 ankiet. Od 62 osób, niezależnie od przeprowadzonych rozmów i ankiet, uzyskałam po jednym lub więcej opisów przeżyć winy.

Rozmowy były 2- etapowe. W pierwszej fazie rozmów nie dotykałam właściwie bezpośrednio sprawy popełnionego przestępstwa, spotkanie służyło przede wszystkim oswojeniu. Cel ten w zasadzie został osiągnięty, dziewczyny mówiły o sobie więcej niż pytałam. Prowadzenie drugiej rozmowy było na ogół dużo trudniejsze. Sprawa przestępstwa okazała się dla wielu dziewcząt drażliwa, wstydliwa.

Dziś chyba rozumiem to lepiej niż wtedy. Trudniej było rozmawiać o przestępstwie, gdy wcześniej sympatyczna rozmowa, w której występowały w roli córek, koleżanek – nareszcie rozmowa z kimś wobec kogo mogą po prostu być zwykłymi dziewczynami, a potem znów przywołuje się je do roli przestępczyń. Uznałam też, że dziewczęta nie znalazły w związku z popełnionym przestępstwem właściwego stosunku do samych siebie, w istocie nie chciały myśleć o popełnionym czynie, zepchnęły tę sprawę w głąb siebie. Wobec innych, a także wobec siebie, strzegły milczenia lub dopuszczały do głosu czy ujawniały tylko część przeżyć, ocen. Ukazywały te fragmenty siebie, wydarzeń, które pasowały do roli, w której już wystąpiły czy zamierzały wystąpić, którą im narzucono lub którą przyjęły. Kiedy ktoś próbował dotrzeć do tych utajonych pokładów przeżyć stawiały opór, broniły się, jednak czasem z ulgą wyzwalały je, wyzwalały siebie – dawały upust długo skrywanym uczuciom.

Opowiem o jednym szczególnym przeżyciu. Zaplanowałam rozmowę z dziewczyną skazaną za udział w bójce, w której zginął człowiek. Opinie o niej zawarte w aktach, usłyszane od funkcjonariuszy i innych więźniarek (nie wypytywałam je, same w swobodnej rozmowie poruszały sprawy z ich aktualnego życia i to na tyle wyraźnie i szczegółowo, że mogłam zidentyfikować niektóre osoby, o których wspominały) nastawiły mnie na rozmowę bardzo trudną, na spotkanie z osobą szczególnie zatwardziałą w złym. Bezlitosna bandytka – taka etykietka w związku z relacją czynu przestępnego w prasie, wyprzedziła przyjście dziewczyny do zakładu karnego. Tej roli, wydawało się, starała się sprostać; nie ujawniała tzw. uczuć miękkich, nigdy nikt nie widział jej płaczącej, powszechnie uważana była za twardą, bezlitosną właśnie. Dziewczyny po prostu jej się bały. Oczekiwałam więc aroganckiego zachowania, cynizmu, że nie zechce w ogóle mówić o przestępstwie. Oczekiwanie tych trudności wyznaczyło charakter rozmowy, jej początku – szczególnie serdeczny. Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna ledwie usiadłszy wybuchnęła płaczem, a potem spontaniczny potok wyznań, o nic właściwie nie musiałam pytać. Ujawniła się osoba wrażliwa, uczuciowa, odmienna od tej jaka zwykła była ukazywać się współtowarzyszkom. W przestępstwo, za które została skazana, uwikłany był też jej młodszy brat, również znalazł się w miejscu izolacji społecznej, martwiła się o niego, tęskniła za nim. Gdy nikogo nie było w celi (była duża swoboda poruszania się, były też godziny pracy i nauki poza celami) wyciągała chowane jego zdjęcie, całowała, płakała. Kiedy później spotykałyśmy się gdzieś na terenie więzienia, mijając się właściwie, zawsze jakiś wyraz sympatii z jej strony, jakby wdzięczności. Tylko ją wysłuchałam, a w dodatku pierwotny cel spotkania był instrumentalny; miał służyć mnie(jej wypowiedzi weszły w skład materiału analizowanego w perspektywie poczucia winy).

Francja

Fleury – Merogis[9] Areszt dla kobiet

Kobiety w ciągu dnia przebywają na ogół w grupach – pracują lub uczą sie. Wieczór i noc każda spędza w osob­nej celi. Cele wyposażone są w łóżko, stół, półki, wieszaki, kącik higieniczny (muszla klozetowa, zlew). W każ­dej celi jest głośnik radiowy, każda cela połączona jest audialnie z „dyżur­ką”. W środku każdego piętra znajduje się rodzaj stołu-tablicy w kształcie kręgu ( wewnątrz, którego zasiada funkcjonariusz) pełnej różnych guziczków -klawiszy. Jest to mechanizm, który m.in. pozwala na kontaktowanie się z poszczególnymi celami; można rozmawiać z uwiezionymi, nasłuchiwać co dzie­je się w celi, wyłączyć lub włączyć światło, głośnik. Z tego też miejsca kieruje się mechanicznym otwieraniem różnych wejść. Drzwi do celi otwierane są jednak przy pomocy klucza – sprawa nie bez znaczenia dla samopoczucia uwięzionych.

Dla uwięzionych organizowane są kursy gotowania, pisania na maszynie, stenografii Jest także instruktor gimnastyki, wykładowczy­ni estetyki (nauka o pięknie wykładana jest przede wszystkim pod kątem zas­tosowania praktycznego: „jak być piękną”), jest nauczyciel jogi. Areszt posiada sale szkolne (poza przeciętnym wyposażeniem prawie w każdej znajduje się telewizor). Jest również świetlica, służąca zarazem jako miejsce kultu religijnego. Jest sala gimnastyczna, boisko sportowe.

Nad zdrowiem uwię­zionych kobiet, poza pielęgniarkami, czuwa internista dostępny w zasadzie codziennie. W Areszcie znajduje się pokój zabiegowy, gabinet dentystyczny, gabinet radiologiczny.

Poza personelem świeckim w Areszcie zatrudnionych jest 19 sióstr zakonnych.[10] Ich obecność, wydaje się, nadaje życiu zakładu pewien swoisty charakter; wnoszą one większą łagodność i bezpo­średniość w stosunki z uwięzionymi.

Kiedy przechodzi się przez poszczególne cele, sale, korytarze, zwraca uwagę jasność. Wrażenie to wywołuje może jasne drewno, z którego m.in. zrobione są niek­tóre drzwi, okna bez krat, błyszcząca, wyglądająca na marmurową, podłoga z płytek, strój funkcjonariuszek – nie ciemne mundury, ale białe chałaciki- fartuszki.

”To raczej pałac” – można tak pomyśleć, gdy zwiedza się którąkolwiek z części Centrum Penitencjarnego Fleury – Merogis, można też w którymś momencie, przy kolejnym wysłuchaniu tego co dostępne jest uwięzionym lub wtedy, gdy odnotowuje się na przykład warunki ich pracy, wykrzyknąć: „mogłabym tu być”, czy więcej: „chciałabym tu być”. Trudno też nie pomyśleć, oglądając cele uwięzionych, łaźnie itp., że ich warunki mieszkalne są lepsze od warunków niejednej osoby żyjącej wolno a uczciwie.

Pracować można, uczyć się spokojnie, a jednak to tam, idąc korytarzem po tej sprawiającej wrażenie marmuru posadzce, w tym roztaczającym się spokoju, czy ciszy raczej, w aurze, która w danym momencie – widać – dotarła do świadomości jako coś zimnego, obcego, pomyślałam nieoczekiwanie, z zaskoczeniem dla samej siebie, coś dziwnego: „może kobiety, z którymi kiedyś jako wychowawczyni pracowałam, zamknięte w warun­kach nieporównywalnie gorszych, może one były szczęśliwsze od tych tutaj” – ich trudniejsze warunki były jakby bardziej ludzkie.[11]

Myśl ta była jakby bluźnierstwem – wobec zwyciężających wolno wysiłków wprowadzania humanitarnych zmian w sferze penitencjarnej. Godziła też we własne ideały, idee. A jednak ujmowała coś istotnego. W tych prawie luksusowych, nowo­czesnych (czytaj: zautomatyzowanych) warunkach uwięzieni ludzie:

  1. żyją w z w i ę k s z o n e j i z o l a c j i w z a j e m n e j (rzadszy też jest bezpośredni kontakt z funkcjonariuszami),
  2. w mniejszym stopniu muszą skupiać uwagę i myśl na problemach dnia codzien­nego. zatem z konieczności przybliża się świadomości to o czym gruncie rzeczy najbardziej pragnie się zapomnieć: u t r a t a o s o b i s t e j w o l n o ś c i, p r a w i e c a l k o w i t a n i e m o ż –n o ś ć d y s p o n o w a n i a s a m y m s o b ą.

Nowoczesne zakłady penitencjarne są wyrazem dążenia do realizacji ideałów humanistycznych, jednak, paradoksalnie, zawierać mogą natężenie elementów dehumanizujących, m.in. w związku z rozwojem, i wykorzystaniem, środków technicznych.[12]

Dla humanizowania kary pozbawienia wolności najważniejsze nie są, choć nie są też bez znaczenia, zmiany o charakterze zewnętrznym. Najważniejsze – by dostrzegać w uwięzionym człowieka, uwzględniać jego potrzeby, zarówno te ogólne, podstawowe, jak i indywidualne.

Oermingen, więzienie – szkoła dla młodocianych. Skazani przybywający do zakładu stawiani są niejednokrotnie w sytuacji konieczności podejmowania samodzielnych decyzji, określonych wyborów. Jest to szkoła samodzielności i odpowiedzialności. Po pewnym okresie pobytu w Oermingen, gdy delikwent zyskał już niezbędną orientację co do charakteru zakładu i zasad jego funkcjonowania, musi podjąć decyzję czy zostaje i podejmie naukę w jednym z 12-tu oferowanych zawodów, czy też chce odbywać karę w innym normalnym więzieniu. Zdecydowawszy, że zostaje, na co dzień pozostaje w stałej sytuacji kuszenia, podejmowania decyzji zostać czy uciec. Oermingen to zakład półotwarty. Domy, w których chłopcy mieszkają nie są otoczone murem, w oknach nie ma krat. Bardzo łatwo uciec, a ze względu na typ zakładu ucieczka nie pociąga za sobą sankcji prawnych. „Najtrudniejsze dla nas – mówi jeden z chłopców, jest to, że tak blisko wydaje się wolność, tak chciałoby się uciec”.

Wykształcaniu lub wzmacnianiu samodzielności i odpowiedzialności służy również system przepustek. Dzięki przepustce można zająć się rozwiązaniem aktualnych ważnych spraw rodzinnych. System przepustek służy przede wszystkim wzmacnianiu więzi rodzinnych, utrzymywaniu i wzmacnianiu kontaktów ze światem ludzi wolnych, przybliżaniu, rozumieniu ich aktualnych problemów, kłopotów i radości. Prawo do opuszczenia zakładu na kilka dni otrzymuje się też dla załatwienia sobie pracy po ukończeniu kary. Doświadczenie związane z poszukiwaniem pracy ma ogromne znaczenie, pozwala młodym ludziom zobaczyć realia nie zmącone wyidealizowanym obrazem upragnionej wolności. Pracę znaleźć nie jest łatwo, nawet wtedy, gdy wyuczyło się atrakcyjnego zawodu, jeśli wiadomo, że odbywało się karę pozbawienia wolności.

Z wychowawcą znajduję się w jednym z pokojów chłopców, rozmawiamy. –Gdzie Daniel ? –Jest na przepustce, wyszedł w sprawie pracy. Daniel wrócił nim jeszcze wyszłam z pokoju. Jest zmęczony, wydaje się przygnębiony. Znowu nic! Był w kilku miejscach, tylko w jednym powiedziano mu, że jeszcze jego sprawę rozważą, ma wrócić za tydzień.

Włochy[13]

Więzienia włoskie cechuje na ogół dużo swobodniejsza i cieplejsza, niż w zakładach innych krajów, atmosfera. Dystans między administracją i służbą więzienną a osobami pozbawionymi wolności wydaje się mniejszy.

We wszystkich instytucjach penitencjarnych, które zwiedziłam we Włoszech, obserwowałam to samo, niespotykane gdzie indziej, zjawisko: w czasie, gdy dyrektor oprowadza mnie po poszczególnych budynkach, salach, celach stale ktoś do niego podchodzi, przedstawia swoje sprawy i nie jest z góry odsuwany na inną porę. W jednym z zakładów (więzienie – szkoła w Civitavecchia) towarzyszyła nam coraz gęstniejąca świta więźniów; cele nie były w zasadzie zamykane, mogli poruszać się swobodnie.

W zakładach penitencjarnych Włoch panuje co prawda większa swoboda, ale ona sama w sobie nie ma nic wspólnego z wyrażaniem szacunku dla przedstawicieli służby więziennej. Dzięki zwiększonej swobodzie rozdział prawdziwego szacunku lub jego brak staje się bardziej otwarty, wyraźny, jest mniej zafałszowany, przestaje być sprawą zewnętrznych, stereotypowych zachowań tylko. W ramach panującej swobody wyraża się zarówno sympatię, szacunek, jak i wrogość i nieufność. W jej ramach można działać mądrze, roztropnie i pożytecznie, jak i prawie anarchicznie, ze szkodą dla dobra społecznego.

Byłam świadkiem jednego i drugiego. W mojej obecności podopieczni instytucji penitencjarnych wyrażali w stosunku do niektórych swych przełożonych najwyższe uznanie, innym zaś ubliżali. W Regina Coeli (stary areszt śledczy w Rzymie) uczestniczyłam, jako bierny obserwator, w rozpatrywaniu przez dyrektora prośb osadzonych lub złożonych na nich raportów karnych. Delikwenci kolejno pojawiali się. W którymś momencie do pokoju wszedł młody człowiek z szerokim uśmiechem na twarzy, przywitał się z dyrektorem, usiadł, rozmawiali potem, przeplatając rozmowę uśmiechem, czasem śmiechem. Przyszedł z prośbą o załatwienie jakiejś sprawy osobistej. Dowiedziałam się później, że dopiero co wyszedł z celi karnej – po kilkudniowym przebywaniu tam. – Więc nie ma żalu? – pytam. – Zasłużył i przyznaje mi rację, karę uznał za słuszną.

Inne spotkanie w innym ośrodku penitencjarnym. Zobaczyłam, jak w praktyce wykrzywieniu ulec może słuszna idea. Pomagają temu, oczywiście ludzie – wtedy, gdy miejsce, w którym się znaleźli nie jest miejscem ich powołania. Karykaturą staje się idea, a nie rozumiejący jej istoty – ludźmi nieszczęśliwymi, generujący w dodatku społeczne szkody. Znawcy problematyki więziennej zwracają uwagę na regres psychiczny (to psychologowie) albo w innym języku (socjologów) na syndrom wyuczonej bezradności związany z niemożnością decydowania o samym sobie czy inaczej: z niemożnością pełnienia roli dorosłego. Sama zwracałam na tę sprawę uwagę, podkreślając znaczenie tego faktu pisałam, iż człowiek pozbawiony wolności nie może podejmować decyzji nawet w najprostszych życiowych sytuacjach, jak na przykład określenie dziennego menu – musi przyjmować wszystko co się podaje, jak się podaje.[14]

Krytyczne głosy niosą ważne przesłanie zmian. W praktyce penitencjarnej wielu krajów w różny sposób starano się określonymi zarządzeniami, przepisami minimalizować skutki wspomnianego wyżej regresu albo inaczej: stwarzać sytuacje pozwalające choćby w bardzo niewielkim zakresie pełnić rolę dorosłego. Otóż w zakładach penitencjarnych Włoch zaakceptowano na przykład (między innymi), by skazani mogli dokonywać zakupów środków żywnościowych, względnie wystąpić z prośbą o ich zakupienie. Obserwacja konkretnej realizacji tego uprawnienia dla osób pozbawionych wolności ukazała właśnie możliwości wynaturzenia idei, która legła u źródeł tego przyzwolenia.

W mojej obecności odpowiedzialny na danym odcinku pracownik podpisywał stos prośb (wszystkie z jednego dnia), z których większość dotyczyła zakupu artykułów żywnościowych. Każdemu prawie podpisowi towarzyszyły uwagi wyrażające jego brak akceptacji dla tego co robi, ale skoro tak trzeba. Była też prośba o zakup 6 przepiórek, dla spożycia ich, oczywiście. I tę również podpisał. No, bo dzisiaj więźniom wszystko wolno. Rzecz jednak w tym, że niczym, żadnym odgórnym zarządzeniem, nie był zmuszony do akceptacji każdego żądania, Do jego osobistej oceny należało, w jakim zakresie uwzględnić prośby czy żądania uwięzionych. Swoim postępowaniem przyczyniał się do tego, by fałszywa teza więźniom wszystko wolno, stawała się prawdziwą. Wypowiadał ją z goryczą i dorzucił jeszcze: zobaczy pani, że przyjdzie jeszcze czas, iż będziemy im śniadanie do łóżka podawać.

Jest jednak inny poważny problem związany z przyzwoleniem na swobodny zakup żywności (ewentualnie otrzymywania nielimitowanej wielkości i ilości paczek żywnościowych). Nie wszystkich stać na zakup dodatkowej żywności, w szczególności tej wyszukanej. Pozwolić sobie mogą na to najbogatsi – związani w zasadzie z wielką przestępczością – z korupcją, handlem narkotykami itp. Przez fakt posiadania różnych dóbr stają się więzienną elitą, podporządkującą sobie innych – nie przez stosowanie siły fizycznej, lecz dzięki temu, że posiadają i do stołu obfitości zapraszają czasem plebs. Utrwala się tym samym również bałwochwalstwo wartości mieć.[15]

Inne miejsce: Civitavecchia = więzienie-szkoła dla młodzieży męskiej. Dowiaduję się, zarówno w rozmowach z przedstawicielami służby więziennej, jak i ze skazanymi, o ich współpracy w organizowaniu życia więziennego. Skazani wybierają swoich przedstawicieli, którzy spotykają się na naradach z personelem więziennym (raz w tygodniu). Rozważa się różne sprawy, problemy, na przykład kwestia doboru filmów, organizacji wakacyjnego wypoczynku, ale też możliwości wykonywania pracy zarobkowej. Wspólnie omawia się też problemy osobowe, trudności, które w zakresie nauki czy zachowań stwarzają niektórzy chłopcy. Skazani przebywający w Civitavecchia korzystają z licznych przywilejów, ale zobowiązani są do przestrzegania właściwego zachowania i do efektywnej nauki. Jest to sprawa każdego z nich, ale jest to tez wspólna sprawa wszystkich.

Szwajcaria[16]

Więzienie karne (w istocie zespół instytucji penitencjarnych) w Hindelbank koło Bern. Zespół zabudowań położonych wśród łąk i pól. Składa się na nie odrestaurowany XVIII -wieczny zamek(mieszczą się w nim pokoje administracji, gabinety lekarskie), kompleks budynków gospodarczych oraz przeplatające się ze sobą budynki przeznaczone dla skazanych i domki pracowników. Nie ma nawet płotu (z wyjątkiem otaczającego zabudowania gospodarcze), do więzienia wchodzi się tak, jak zwykle do domu, drzwiami, zwykłymi. Kraty pojawiają się dopiero w środku; odgradzają poszczególne oddziały od siebie. Nie ma umundurowanych strażników. W poszczególnych pracowniach pieczę nad uwięzionymi mają należące do personelu kobiety (część z nich to siostry protestanckie). Przybyszowi trudno odróżnić je od więźniarek, nie mają wyróżniającego je stroju a wykonują tę samą pracę co uwięzione..

Na oddziale dla matek z dziećmi poza kratą na korytarzu (oddziela pokoje dla pracowników) nic nie przypomina więzienia. Matkami i dziećmi opiekuje się ogromnej dobroci siostra protestancka. Wyposażenie materialne , w tym zabawki, jest imponujące.

Więzienia w Szwajcarii nie są przepełnione, prawie puste (statystyki wykazują, iż wzrastająca w Europie fala przestępstw ominęła ten kraj).

Dyrektorzy więzień posiadają dużą samodzielność w ich zarządzaniu, względną niezależność od władz kantonalnych. Wyraża się to m.in. w możliwości podejmowaniu samodzielnej decyzji również w sprawach, które w zasadzie leżą w gestii instytucji nadrzędnych.

Przykładem rozległości pola dla indywidualnych rozstrzygnięć w ramach pewnej odgórnie zakreślonej polityki penitencjarnej może być następujące wydarzenie związane z więzieniem w Hindelbank. Na oddziale matki z dzieckiem przebywała pewna Włoszka z córeczką Pompeją. Na oddziale tym dzieci mogą przebywać razem z odbywającą karę matką do trzeciego roku życia. Tak się złożyło, że kiedy Pompeja kończyła trzy lata i miano ja przekazać rodzinie zamieszkałej we Włoszech, dyrektor zakładu wyjeżdżał właśnie na urlop do Włoch. Złożył wizytę rodzinie Włoszki i – natychmiast wysłał depeszę: Pompeja zostaje u nas. Po powrocie z urlopu zajął się sprawą uprawomocnienia swej decyzji. Uczynił to skutecznie; Pompeja została z matką w zakładzie w Hindelbank do czasu odbycia przez nią kary.

W Hindelbank przyjęto mnie niezwykle ciepło. Nikt nie zapytał nawet o paszport, nie sprawdził mej tożsamości. Spałam na terenie więzienia, w części oddzielonej kratą od oddziału matki z dzieckiem.

Któregoś wieczoru zaproszenie do mieszkania dyrektora i jego rodziny. Po raz pierwszy jem słynne szwajcarskie fondu.

Pamiętam inny wieczór, ze skazanymi – młodziutkie dziewczyny, siedzimy wszyscy na podłodze, dziewczyny śpiewają, opowiadają o swoich przeżyciach. Jedna z nich mówi o tym, jak jako 8-letnia chyba dziewczynka uciekła z domu, by znaleźć, dojść do znanego niemieckiego piosenkarza (nie pamiętam nazwiska); śpiewał: Junge, komm wieder, komm bald wieder nach Haus . . . Coś dusi, ściska . . . Dziecko uwiedzione ojcowskim jakby ciepłem głosu, słowami. Dotarła chyba do Berlina.

RFN[17]

We wszystkich krajach, których więzienia zwiedzałam, mogłam obserwować działania (o różnym stopniem zaangażowania), fenomeny służące utrzymaniu kontaktów ze światem zewnętrznym, zmniejszaniu społecznej izolacji skazanych.

W zakładzie karnym dla mężczyzn we Freiburgu zetknęłam się z dwoma szczególnymi formami takich kontaktów – funkcjonowanie dwóch rodzajów zespołów: Sozialpolitische Arbeitskreise i Burgerkreis. W skład grup Sozialpolitische Arbeitskreise (Społeczno-Polityczne Zespoły Pracy) wchodzą więźniowie i wolni obywatele, jednak w spotkaniach tych zespołów uczestniczą, a w pewnej mierze także nimi kierują, niektórzy pracownicy zakładu karnego: nauczyciel lub wychowawca lub pracownik socjalny.

Burgerkreis (Grupa Obywatelska) również obejmuje skazanych i wolnych, działa jednak pełniej autonomicznie; w skład jej nie wchodzi nikt z personelu więziennego, odpowiedzialność za aktywność tej grupy spoczywa na osobach z zewnątrz. Miałam możność uczestniczenia w spotkaniu każdej z tych grup. Najpierw uczestniczyłam w spotkaniu grupy Sozialpolitischer Arbeitskreis. Wraz z wieloletnim pracownikiem więzienia wchodzimy na rozpoczęte już zebranie. Obecnych jest kilku skazanych, kilku studentów, studentka i młoda nauczycielka więzienna. Będąca w toku dyskusja dotyczy stosunku służby więziennej do więźniów. Widoczne ogromne zaangażowanie ze strony wszystkich skazanych, z wyjątkiem jednego. Jego apatyczność wyjaśniają późniejsze słowa: jaki to wszystko ma sens, poruszamy tu różne sprawy, dyskutujemy nad nimi, potem wracamy do naszych cel i nic się nie zmienia. Kto przejmie się naszymi uwagami!?

Gwałtowne niejednokrotnie wypowiedzi wyrażają, powtarzające się, przekonanie, że w każdym przypadku nieporozumienia między pracownikiem a uwięzionym, rację przyznaje się pracownikowi. Skazani podają konkretne przykłady zaistniałych konfliktów i ich niesprawiedliwego – na ich niekorzyść, rozwiązania. Do dyskusji włącza się mój cicerone. Przedstawione sporne kwestie próbuje ukazać od innej strony. Najbardziej rozgorączkowany chłopak rzuca w jego stronę: bo pan, to oczywiście, zawsze będzie bronił dozorców. W trakcie zebrania wchodzi zastępca dyrektora więzienia – młody prawnik. Przedstawia m.in. własną koncepcję funkcjonowania zakładu karnego: przede wszystkim bliższy kontakt personelu z uwięzionymi. Kończy się spotkanie. Skazani wracają do swoich cel – pojedynczych. Przed rozstaniem niektórzy z nich zwracają się jeszcze ze swoimi indywidualnymi sprawami do nauczycielki lub do studentów (chłopcy mówią sobie po imieniu).

W kolejnym dniu mego pobytu na terenie zakładu karnego we Freiburgu uczestniczę w zebraniu grupy Burgerkreis. Zebrani trochę starsi od tych w grupie Sozialpolitischer Arbeitskreis, jednak równie przejęci, wręcz agresywni w dyskusji; dotyczy niesprawiedliwego opłacania pracy więźniów. W haniebnie niskim opłacaniu pracy więźniów –tak się wyraża, ktoś widzi przyczynę recydywy. Następnym poruszonym tematem jest stosunek społeczeństwa do osób, które odbywały karę pozbawienia wolności.. Ktoś podnosi sprawę stosunku sędziów do podsądnych uprzednio już karanych. Takiego człowieka z góry ocenia się negatywnie, zupełnie przekreśla się jego wartość, traktuje surowo, a przecież ten człowiek już swoją karę odbył. I co taki sędzia o nim wie, przeczyta kilka opinii, kilka doniesień, czasem nieprawdziwych, i od razu go dyskwalifikuje, osądza kogoś kogo nie zna, a przecież proces resocjalizacji winien zacząć się już tam na sali sądowej. [18]

Szwecja[19]

Opowiem najpierw o spotkaniu z panem ministrem sprawiedliwości Lenartem Geijer.

Spotkanie odbywało się w pewnym zakładzie karnym pod Sztokholmem – z funkcjonariuszami więzień. Byłam wtedy prywatnym gościem Kriminalvardsstyrelsen[20]; opiekujące się mną osoby zaproponowały uczestnictwo w tym zebraniu. Poza mną, i prócz Szwedów, oczywiście, był jeszcze przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości Luksemburga. Spotkanie miało mieć miejsce w więziennej sali gimnastycznej. Przed wejściem jakiś tumult, tłoczą się ludzie. Każą nam ściągnąć obuwie. Myślę, że to żart. Patrzymy na siebie z Luksemburczykiem, zdumieni. Zaczynam zdejmować pantofle, wciąż jednak oczekując, że za chwilę odwoła się ten pomysł – jakże to, pracownicy więzienni, niezależnie od stanowiska, funkcyjnej godności, zdejmują obuwie, by uszanować czyjąś pracę, w dodatku pracę więźnia!

Sala pełna, siedzimy przy stołach, liczne. Na pewnym podwyższeniu miejsce dla pana ministra; przy jego stole jest już kilka osób. Najbardziej niecierpliwie przyjścia ministra oczekujemy chyba my – człowiek z Luksemburga i ja, i to wcale nie ze względu na to co ma powiedzieć. Jesteśmy trochę niepoważni, intryguje nas czy i pan minister zdejmie buty, czy przyjdzie w samych skarpetkach. Po chwili postrzegamy: jest! Już usiadł przy stole i macha gołymi – bez obuwia, stopami. Dyskusja, pytania, problemy – codzienne w pracy w więzieniach. Na końcu pan minister Geijer ukazuje swą wizję więziennictwa w Szwecji, mówi o konieczności ograniczenia liczby skazań na karę pozbawienia wolności, stopniowo, by ostatecznie stosować ją jedynie w przypadkach wyjątkowych [21].

Idea opróżniania więzień od zawsze mi bliska. A z tamtego spotkania jeszcze do dziś żywe to doświadczenie autentycznej demokracji i prawdziwego szacunku dla człowieka – niezwykłe przeżycie dla kogoś kto przybył z kraju, w którym usta, oficjalne przemówienia, gazety… pełne słów o demokracji, szacunku dla ludzi pracy, i że człowiek najwyższą wartością, a rzeczywistość pełna pogardy dla prawdy i człowieka.

Pierwsza wizyta w szwedzkim zakładzie karnym – mały, lokalny otwarty[22], niedaleko Sztokholmu. Sobota. Mój przewodnik prowadzi mnie po pustych korytarzach; puste są tez cele. Moje zdziwienie zyskuje odpowiedź: skazani wyszli na przepustkę.

– Wszyscy? A jeśli ktoś coś zbroił, naruszył regulamin?!

– To, że ktoś jest inny, nie oznacza, że można pozbawić go jego praw!

– Nie gorszy, nie zły, ale inny! A przepustka nie przywilejem, nagrodą, lecz prawem!

Należałam do osób daleko wybiegających poza konwencjonalne w Polsce myślenie o skazanych, o celach kary pozbawienia wolności, o jej sensie, a jednak to bezpośrednie zetknięcie z realizacją penitencjarnych ideałów było przeżyciem niezwykłym.

Poczułam się też trochę zawstydzona, jakby zepchnięta na niższą pozycją – ze względu na -ukazujący prawdę o polskiej sytuacji, charakter moich pytań. Poczułam się zawstydzona jako Polka. Koniecznie chciałam znaleźć jakiś pozytywny rys w naszym polskim systemie więziennictwa, czymś się pochwalić! Jest! Znalazłam! Nigdzie na żadnych mijanych drzwiach nie zobaczyłam napisu gabinet lekarski! A u nas przecież lekarz, dentysta w więzieniu jest! Z niewinną miną zapytałam czy skazani nie mają dostępu do lekarza.

– Jeśli ktoś potrzebuje porady, pomocy lekarza, korzysta z tych samych usług medycznych co wszyscy mieszkańcy tej miejscowości.

Okazało się też, że podobnie jest z nauką – chcący się uczyć uczęszczają do szkół czy na kursy w środowisku wolnym.

***

Wciąż jeszcze w Szwecji, w miejscowości Ystad. Oficjalnie przyjmuje mnie dyrektor lokalnego zakładu karnego. Jest tłumacz. W trakcie rozmowy telefon. Dzwoni podopieczny: nie wróci dziś z przepustki, będzie jutro. Znalazłam się, jak Alicja z książki Lewisa Carroll, w jakimś innym, zaczarowanym świecie.

Oficjalna wizyta nie trwa długo, a ja mam sporo czasu do wyjazdu. Zyskuję zezwolenie na dalsze pozostanie na terenie zakładu– mogę rozmawiać z funkcjonariuszami, ze skazanymi. Tłumacza już nie ma, nie wszyscy spośród pozostałego w służbie personelu znają angielski, zatem odważam się sięgnąć do szwedzkiego. Jest mniej sztywno, swobodnie. Wzajemnie zadajemy sobie pytania. Czy to prawda, że u was, jak ktoś znajdzie się w więzieniu, to tylko jeden raz z niego wychodzi? – to do mnie. Rozumiem słowa, ale w pierwszej chwili nie rozumiem sensu, mimo, że przecież już trochę w tym świecie o innej semantyce przebywam. – Tak, w zasadzie tak! Przepustki były regulaminowo zupełnym wyjątkiem, a ich udzielanie niezwykle rzadkie.[23]

Jeszcze kilka innych luźnych obrazków z pobytu w tej zaczarowanej dla mnie krainie. W którymś z więzień zaproszenie na lunch – w kantynie. Bierze się talerze, a ciepłą strawę, według życzeń -jest wybór, serwują więźniowie. Jest gwarno, dosyć tłoczno, siadamy przy jakimś stole. Z nami jacyś mężczyźni, jak się okazało – skazani. Z jednego kotła, przy jednym stole – funkcjonariusze i ich podopieczni!

Rozmowa z Polakiem odbywającym w Szwecji karę pozbawienia wolności. Jest niespokojny. Już kilka razy dzwonił do żony, nikt telefonu nie odbiera. Telefony w więzieniach polskich pojawią się jakieś 20 lat później, ale wtedy taka idea nikomu w Polsce nie powstała.[24]

Wizyta w jednym z największych więzień(w Osteraker). Więzienie typu zamkniętego, stare, jednak z zastosowaniem nowoczesnych technik. Długimi korytarzami przechodzi się do poszczególnych jego części, a wszędzie towarzyszy elektroniczne oko. Bramy, drzwi otwierane także nie przez kluczników. Niesamowite wrażenie. Funkcjonariusze zatrudnieni w tego typu zakładach wydają się być innymi ludźmi, niż ci pracujący w zakładach lokalnych, w szczególności w tych otwartych – surowsi, mniej przyjaźni w stosunku do podopiecznych. Któryś z nich tłumaczy to właśnie charakterem gmachu-kolosa ”gdybyśmy pracowali w innych warunkach, w innym otoczeniu też zachowywalibyśmy się inaczej, bylibyśmy inni, niż tutaj jesteśmy”.

Post Scriptum

Początek moim więziennym wędrówkom europejskim dało stypendium Rządu Francuskiego uzyskane dzięki wsparciu prof. Leszka Kasprzyka – najpierw mój szef w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Krakowie, a w latach siedemdziesiątych wysokie stanowisko w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego. To wsparcie nie dało jednak szansy na otrzymanie stypendium do Szwecji, o które się starałam. Było atrakcyjne finansowo (francuskie, porównawczo, bardzo marne), jednak mnie nie o to chodziło. Słyszałam już wtedy co nieco o skandynawskim systemie penitencjarnym (czytałam też jakiś drobny tekst Th. Mathiesena[25]), ogromnie chciałam bezpośrednio poznać szwedzki system więzienny. Śniły mi się zmiany w polskim więziennictwie dzięki poznawaniu i wykorzystaniu rozwiązań stosowanych w innych krajach. Szwecją zafascynowana byłam zresztą już dużo wcześniej dzięki ulubionej autorce – Selmie Lagerlöf . Uczęszczałam na kurs nauki języka szwedzkiego, (zaczęłam czytać ksiązki Selmy Lagerlöf w jej rodzimym języku), zapisałam się do Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego.

Znalazłam się w Paryżu. Uczęszczałam na wykłady z kryminologii – prof. Jacques Leaute, prof. Jean Pinatel, i nauk penitencjarnych – prof. George Levasseur, na Uniwersytecie Paris III. To dzięki wsparciu prof. Jean Pinatel i prof. George Levasseur, a pośrednio także dzięki prof. Hannie Malewskiej Peyre, udało mi się uzyskać zgodę w Ministerstwie Sprawiedliwości Francji na zwiedzanie ośrodków penitencjarnych Francji. Profesorowie Jean Pinatel i prof. George Levasseur pomogli mi także w nawiązaniu kontaktów penitencjarnych w innych krajach. Szczególną opieką otoczył mnie prof. George Levasseur, nasza znajomość, a właściwie przyjaźń przetrwała do końca jego życia (zmarł kilka lat temu – w 2003 r.) Prof. George Levasseur jako wykładowca m.in. nauk penitencjarnych miał wśród swoich słuchaczy również dyrektorów więzień, dzięki temu moje pojawienie się w niektórych ośrodkach penitencjarnych miało charakter nie tylko sztywno – oficjalny. Z sympatii dla profesora mogłam trochę czerpać ja.

Właściwie do przygód penitencjarnych mogłabym, na drodze mych wędrówek, dołączyć przynajmniej jeden opis (w każdym ze zwiedzanych krajów) jakiegoś interesującego, godnego uwagi wydarzenia pozawięziennego.

We Włoszech- w pierwszych godzinach pobytu w Rzymie, okradziono mnie ze wszystkich uciułanych pieniędzy(część z marnego raczej, jak już rzekłam, stypendium francuskiego), z dokumentów (w tym kwit do odbioru pozostawionego w przechowalni na dworcu bagażu, list polecający od doktora Stanisława Szelhausa do włoskiego Kolegi kryminologa V ; miał ułatwić mi wejście na teren więzień), z radosnego uczucia wolności, z jakiegoś rodzaju wniebowstąpienia. Wszystko zostało jednak ostatecznie jakoś przywrócone.

Otóż zaraz pierwszego popołudnia po przybyciu do Rzymu poszłam na spacer drogą między murem watykańskim a ciągiem will. Było słonecznie, spokojnie i właśnie jakiś cudowny stan uniesienia. Prawie nikogo, minęłam tylko dwóch mężczyzn zajętych czymś przy samochodzie, z naprzeciwka nadjeżdżał chłopak na rowerze. Nagle poczułam dotknięcie ramienia. Nikogo koło mnie. Przede mną gnał motocykl, chłopak siedzący na tylnym siedzeniu obejrzał się. Wtedy zauważyłam, że zniknęła moja torebka. Przede wszystkim żal, że ja z taką radością, otwartością … Razem z chłopakiem od roweru podeszliśmy do mężczyzn przy samochodzie. Jeden z nich, wraz z chłopakiem, pojechał ze mną na posterunek karabinierów. Dyżurny przyjął nas życzliwie, jednak wydawał się nie mieć najmniejszego zainteresowania dla zaszłego wydarzenia – takie rzeczy zdarzają się codziennie dziesiątkami. Zainteresował się natomiast polskimi znaczkami, które miałam przy sobie w kalendarzyku. Na szczęście w kieszeni został ten kalendarzyk – notesik, w którym adresy, w tym także doktora V. oraz miejsca odbioru stypendium, zaś u kobiety, u której miałam tej nocy zamieszkać, musiałam zostawić paszport (zażyczyła sobie). Wracając jednak do karabiniera, powiedział, że on też zbiera znaczki, a jego żona wyjechała, mógłby mi je pokazać. Wyszliśmy stamtąd ze świadomością, że nie ma co liczyć nie tylko na odzyskanie utraconych dóbr, ale nawet na podjęcie jakiegokolwiek wysiłku w tym kierunku. Życzliwy człowiek pojechał ze mną na dworzec, udało mu się przekonać panią, by wydała mi walizkę bez pokwitowania (chyba coś tam musiał wypełnić, podpisać). Odwiózł mnie potem do mieszkania, wmusił kilka lirów, bym mogła dojechać następnego dnia do miejsca, w którym miałam odebrać prywatne stypendium Fundacji Hrabiny Uniastowskiej. Dojechałam do połowy drogi, dalej nie, bo strajk. Byłam zdesperowana, weszłam w rozmowę z innymi czekającymi na ewentualną dalszą jazdę. Nie było wiadomo, kiedy ruszą autobusy, chcieli ofiarować pieniądze na taksówkę, nie przyjęłam. Wytłumaczyli, jak iść, poszłam pieszo. Przyjął mnie pan zarządzający pieniędzmi Fundacji (sam dostojny, jak hrabia – wyglądem przypominał aktora Mrożewskiego), nie współczuł, okrzyczał: „jak pani mogła dać się okraść. Stypendium skromne, wynosiło mniej, niż utracone przeze mnie pieniądze. A ja przecież miałam w zamyśle dalsze podróże więzienne – Szwajcaria, RFN. Dzięki prof. George Levasseur miałam nawiązane kontakty z osobami, które miały ułatwić wejścia do więzień.

Zwróciłam się do Ambasady, by zechcieli pomóc: w uzyskaniu zgody władz włoskich na wejście do zakładów penitencjarnych, w znalezieniu jakiejś pracy i taniego noclegu. Zostałam potraktowana, jak mix prostytutki i szpiega.

Wejście do więzień załatwił mi pan V. – nic o mnie nie wiedział, nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się. Znaleźliśmy jednak od razu punkt wspólny – on został okradziony w Warszawie.

Pracę znalazłam, jako baby – sitter w polskiej rodzinie, również tańszy nocleg (u sióstr zakonnych), ale też odpowiednio skromny (wielka sala, w której tylko łóżka oddzielone parawanami). W sumie jednak wiele dobrego od obcych ludzi.

W Bibliotece Polskiej w Rzymie otrzymałam Archipelag Gułag Sołżenicyna. Zostawiłam koleżance, która bez problemu przewiozła do Polski. Gdy ja wracałam (jeszcze była Szwajcaria, Niemcy i Paryż), przy wjeździe do Polski przekopano mi calusieńki bagaż. Pan pozwolił sobie nawet na czytanie listów przesłanych do Francji, już ocenzurowanych.

W Szwajcarii zatrzymałam się u mojej przyjaciółki, z mężem i synem mieszkali czasowo w Zurychu. Wciąż na ostatnim groszu szukałam pracy. Na uniwersytecie oferty dla studentów (było lato, okres wakacji). Na Politechnice potrzebowali kogoś do przepisywania na maszynie staroniemieckich tekstów. Zgłosiłam się. Przyjęli. O nic nie pytali. Nie musiałam okazać paszportu. Ogromnie wolno szła mi ta praca, więc do późna zostawałam, i także w niedzielę. Człowiek dał mi klucze od drzwi wejściowych. W całym gmachu zostałam ja. Było to przeżycie niesamowite, przecież w tle jeszcze pamięć potraktowania mnie przez rodaków w polskiej ambasadzie w Rzymie, i nie tylko ta pamięć – człowiek a priori podejrzany.

Jeszcze jedno zarobkowanie – u szwajcarskiej rodziny odlegle za Zurychem(dojazd pociągiem). Mam zająć się dwójką przedszkolnych maluchów, państwo w interesach wychodzą na kilka godzin. Wrócą wieczorem. Maluchy nie mówią po niemiecku, tylko dialektem, ale jakoś się porozumiewamy. Wychodzę na spacer z nimi, potem zabawa w domu, kolacja. Rodzice nie wracają. Ciemno. Kładę dzieci spać. Czekam, ostatni pociąg chyba już odjechał. Wrócili ok. 1-ej. Przepraszają. Udało im się załatwić świetny interes. Dostaję dużo więcej niż było umówione. Pan odwozi mnie do Zurychu. Dumnie informuję o moim wynagrodzeniu i dowiaduję się, że tyle zarabia mój gospodarz za miesiąc pracy jako tłumacz w polskim LOT. Bardzo szybko jednak te pieniądze utraciłam. Ogromnie droga kolej, a ja pociągiem udałam się do Preles do domu poprawczego dla chłopców. Szarość otoczenia i pogody pamiętam, a nic szczególnego w pracy instytucji nie odnotowałam.

W Niemczech we Freiburgu moja wizyta została zapowiedziana u prof. Thomasa Wurtembergera. Dzięki Niemu mogłam wejść na teren tamtejszego więzienia. Nocleg u siebie zaoferowała jedna z pracownic z Instytutu Profesora. Powiedziała później, że ostrzegano ją przed tym, bo ja na pewno jestem szpiegiem.

Z Niemiec jeszcze na króciutko do Paryża. I wielka przygoda pozawięzienna – zjazd młodzieży (kursywa odnosi się tylko do mojej osoby) w Taize. Dojechałam tam, z przygodami, oczywiście, autostopem.

Okres 1973-1975 nie zakończył moich więziennych wędrówek. Od 1991r – otwarcie oddziału Patronatu w Krakowie, regularnie wchodziłam na teren jednostek penitencjarnych, przede wszystkim w Krakowie, ale także w innych miastach polskich. Uczestnictwo w konferencjach międzynarodowych dawało też szansę, jeszcze przed, a także po1991r, poznania ośrodków penitencjarnych w innych krajach europejskich, m.in. w Holandii, Austrii.

Ochrona godności i praw uwięzionych w aktach międzynarodowych

O prawach uwięzionych mówią m.in. następujące akta międzynarodowe:

  • Wzorcowe Reguły Minimum Postępowania z Więźniami (1955 ONZ)
  • Europejskie Reguły Więzienne (1987 Komitet Ministrów Rady Europy)
  • Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych (1966 ONZ )

/Komitet Praw Człowieka – skargi międzypaństwowe i indywidualne/

  • Europejska Konwencja Praw Człowieka (1950 Rzym, Rada Europy) /Europejski Trybunał Praw Człowieka (Strasburg); skargi międzypaństwowe i indywidualne/
  • Europejska Konwencja o Zapobieganiu Torturom (1987 Strasburg) /Europejski Komitet do Spraw Zapobiegania Torturom: lustracje okresowe, lustracje następcze; przeludnienie więzień; badanie skarg więźniów/
  • Konwencja Przeciwko Torturom oraz Innemu Okrutnemu, Nieludzkiemu lub Poniżającemu Traktowania lub Karaniu (1984 ONZ) /Komitet przeciwko Torturom/
  • Konwencje Międzynarodowej Organizacji Pracy (Konwencja Nr 105 o zniesieniu pracy przymusowej. Genewa. 25 czerwca 1957;)
  • Reguły Tokijskie (Reguły Minimum 1990 ONZ)

Wzorcowe Reguły Minimum Postępowania z Więźniami (1955)

W pierwszych Regułach Minimum Narodów Zjednoczonych mówi się, że ostatecznym celem i usprawiedliwieniem kary więzienia jest ochrona społeczeństwa przed przestępczością.. Wykonywanie kary pozbawienia wolności powinno mieć charakter resocjalizacyjny – człowiek po odbyciu kary winien chcieć i być zdolnym do prowadzenia życia zgodnego z prawem. Reguły Minimum zalecały w postępowaniu z więźniami m.in. redukowanie różnic między życiem więziennym a życiem na wolności, podjęcie przed końcem kary koniecznych kroków zapewniających człowiekowi odbywającemu karę więzienia stopniowy powrót do życia w społeczeństwie, a także pozyskiwanie społeczności lokalnych do wspomagania personelu więziennego w zadaniach resocjalizacyjnych.

Widać tu wyraźny wpływ nauki – prawa karnego, teorii socjologicznych, kryminologicznych, więc kierunek obrony społecznej w prawie, teorii naznaczania społecznego, teorii społecznego uczenia.

Europejskie Reguły Więzienne (1987), to zmieniona i rozszerzona wersja Wzorcowych Reguł Minimum Postępowania z Więźniami. Wyeksponować chcę regułę 64: istotą kary więzienia jest samo pozbawienie wolności!

Chętnie podkreślam też zalecenie okazywania szacunku dla godności człowieka, rozwijania poczucia odpowiedzialności u podopiecznych zakładów karnych, kształtowania postaw i umiejętności, które zwiększą szansę integracji społecznej po zwolnieniu, oraz tworzenia w tym celu odpowiednich warunków w trakcie odbywania kary.

Reguły Tokijskie (Reguły Minimum) przyjęte w postaci Rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ (45/110 z dnia 14 grudnia 1990r.) stanowią zbiór podstawowych dyrektyw mających na celu promowanie stosowania środków o charakterze nieizolacyjnym; kara pozbawienia wolności traktowana jest jako środek ostateczny. Reguły te mają także doprowadzać do większego zaangażowania społeczności w zagadnienia wymiaru sprawiedliwości w sprawach karnych, w szczególności w odniesieniu do traktowania sprawców przestępstw, organizowania przez członków społeczności lokalnych wykonywania kar alternatywnych w społeczeństwie (tzw. resocjalizacja wspierająca). Zasady Tokijskie przewidują stosowanie zwolnień z zakładów karnych w celu umożliwienia skazanym wykonywania pracy lub kształcenia się, różne formy zwolnienia warunkowego, złagodzenie wykonania kary oraz ułaskawienie.

Wzorcowe Reguły Minimum Postępowania z Więźniami, podobnie jak Europejskie Reguły Więzienne i Reguły Tokijskie, nie są aktem prawnym w sensie ścisłym, mają walor moralny i polityczny raczej, stanowią drogowskaz postępowania, nie zobowiązanie mogące mieć konsekwencje prawne. Czy i jak poszczególne wskazania są realizowane zależy od danego państwa. Szwecja należała, należy do tych państw, które serio wzięły pod uwagę zawarte w odpowiednich aktach dyrektywy, jak i współczesne wyniki nauk socjologicznych, kryminologicznych. W zasadzie wszystkie państwa należące do ONZ czy należące lub aspirujące do przynależności do Rady Europy starały się jakoś uwzględnić zawarte w tych aktach reguły. Niektóre jednak, w tym kraje bloku sowieckiego, jedynie w rozumieniu Besançon’a – rzeczywistości pozorów.[26]

Sytuacja penitencjarna w Polsce przed 1989 r.

K.K.W. z 1969 r. mówi o resocjalizacji jako celu kary. W tymże kodeksie wprowadza się instytucję przepustek jako formę najwyższej nagrody. Nagrodę tę na czas nie przekraczający 5 dni mógł otrzymać skazany po odbyciu połowy orzeczonej kary wykazujący się dobrym zachowaniem i postępami w resocjalizacji. Nagrody udzielał naczelnik, jednak po uzgodnieniu z sędzią penitencjarnym. Wcześniej, w regulaminie wykonania kary pozbawienia wolności z 1966 r., wprowadza się, w formie nagrody, zezwolenie na widzenie z rodziną lub na załatwienie pilnej sprawy rodzinnej, bądź osobistej, poza zakładem karnym na czas nie przekraczający 6 godzin. Mogli otrzymać ją skazani po odbyciu polowy kary przebywający w ośrodkach pracy, zakładach przejściowych, młodociani odbywający karę w rygorze złagodzonym. O jej przyznaniu decydował naczelnik. W praktyce ogromnie rzadko stosowano obydwie nagrody. A zakres stosowania został później jeszcze ograniczony przepisami tymczasowego regulaminu z 1974 r.

W 1974 r. Minister Sprawiedliwości wydaje zarządzenie odnośnie do regulaminu wykonywania kary pozbawienia wolności (tymczasowy). W regulaminie tym wprowadza nowy rygor – surowy, nie wymieniony w Kkw z 1969r. (zasadniczy, złagodzony i obostrzony). Rygor surowy oznacza kierowanie do ciężkich prac fizycznych, krótkie strzyżenie włosów, ograniczenie korespondencji, widzeń, korzystania z prasy, książek i zajęć kulturalno-oświatowych. Wprowadza się nowe kary dyscyplinarne: krótkie strzyżenie włosów, ograniczenie racji żywnościowych. W tym okresie więzienne bramy nie otwierają się dla osób postronnych. Na teren więzień nie mają wstępu ani osoby indywidualne ani grupy w celu zalecanego przez Reguły Minimum współdziałania z administracją więzienną dla realizowania deklarowanego celu resocjalizacji. Nie ma też posług religijnych.

Represyjna polityka karna prowadzi do ogromnego przeludnienia, współczynnik uwięzienia w 1973r wynosi 372. Relacje między personelem a osadzonymi mają w ocenie autorów omówień tego okresu charakter konfrontacyjny.[27] W środkach masowego przekazu milczenie na temat tego co za murami.

Za granicą obraz więzień polskich wyraża się skrótem: wychodzi się tylko raz. Na konferencjach międzynarodowych przytacza się Polskę jako przykład kraju, w którym ma miejsce praca niewolnicza więźniów. Jeszcze w 19 87 r. tak się będzie postrzegało.[28]

Do powyższego opisu dorzucę jednak kilka zdań wyrażających pewną prawdę oczywistą, ale prawdy oczywiste warto czasem też przypomnieć. Realizacja idei, konkretnych zaleceń może wyglądać różnie, w zależności od osobowości wykonawców, ich postaw, bliskich im wartości. To sformułowanie o konfrontacyjnym charakterze relacji funkcjonariuszy więziennych i więźniów jest słuszne w sensie przeważającego stylu, mającego zresztą również związek z treścią regulaminów, gubi jednak ludzi, którzy w uwięzionym zawsze widzieli człowieka, w sposób dla siebie naturalny wyrażali szacunek dla jego osoby. W ramach niezwykle ograniczonych możliwości próbowano robić coś, co w jakiejś mierze mogło zmniejszyć uciążliwości życia więziennego. Byli tacy ludzie wśród oddziałowych, wychowawców i na wyższych szczeblach administracji więziennej. Wymiar indywidualny, rzadki, ale dzięki temu w relacjach między osadzonym a danym pracownikiem pojawiało się wyjątkowe w tym miejscu zaufanie, na codzień trochę uśmiechu i ciepła.

W Polsce w okresie pierwszej Solidarności otwierają się bramy więzień, domów poprawczych, także dla mediów, pisze się o tym co za murami i kratami, emituje programy, dyskusje, także z udziałem skazanych. Powstaje Patronackie Stowarzyszenie Penitencjarne, odradza się powstały już przed wojną „Patronat”.

W 1981 zarządzenie Ministra Sprawiedliwości w sprawie zmiany tymczasowego regulaminu z 1974 r. Zniesiono rygor surowy oraz kary dyscyplinarne zmniejszenia racji żywnościowych i krótkiego strzyżenia włosów. Zwiększono częstotliwość listów i widzeń. Powołane zostały społeczne rady penitencjarne; miały sprawować społeczny nadzór nad wykonywaniem kary pozbawienia wolności.

Sytuacja penitencjarna w Polsce po 1989r.

Po roku 1989 w Polsce prawdziwa rewolucja. Zmiany w więziennictwie, w wykonawstwie kary wyprzedziły zmiany kodyfikacyjne, mają jednak miejsce również znaczące zmiany legislacyjne. Resocjalizacja celem kary, ale bez przymusu. Wymiana blisko połowy kadry więziennej. Pracownicy zobowiązani są do noszenia identyfikatorów. Liberalizacja warunków dla osadzonych. Wymóg szacunku dla ich godności. Szerokie otwarcie bram – dla organizacji pozarządowych, w tym również przywrócone do istnienia Patronackie Stowarzyszenie Penitencjarne, dla grup wyznaniowych, Anonimowych Alkoholików, dla osób indywidualnych, jeśli mają jakiś pozytywny program, dla dziennikarzy. Media powracają do problematyki kary pozbawienia wolności. Nawiązanie kontaktów z penitencjarzystami innych krajów, pracownicy służby więziennej wyjeżdżają na staże do krajów E.Z.

Nowelizacja przepisów prawa karnego wykonawczego pod koniec lat 80-tych liberalizuje zasady przyznawania przepustek. Wychodzenie na przepustki jest coraz częściej stosowaną nagrodą, w szczególności dla skazanych w ośrodkach pracy. W roku 1985 udzielono 15.668 przepustek nagrodowych do 5 dni, a w latach 1992, 1993 liczba ta, mimo spadku liczby populacji więziennej, wynosiła blisko 41.000 rocznie.

Na mocy ustawy o zmianie Kodeksu Karnego i Kkw w 1990 zniesione zostały ośrodki przystosowania społecznego, skazani i tymczasowo aresztowani uzyskali prawo do sądowej kontroli decyzji administracji z.k. i aresztu śledczego.

W 1995 zmiana regulaminu wykonywania kary pozbawienia wolności. 6. czerwca 1997 uchwalono nowy Kkw. Uwzględnia on w szerokim zakresie zalecenia międzynarodowych konwencji, więc m.in. Wzorcowych Reguł Minimum, Europejskich Reguł Więziennych, Konwencji przeciwko Torturom, Europejskiej Konwencji o Zapobieganiu Torturom.

W rozdz. III Kkw art.4&1 czytamy: Kary, środki karne, zabezpieczające i zapobiegawcze wykonuje sie w sposób humanitarny, z poszanowaniem godności ludzkiej skazanego. Zakazuje się stosowania tortur lub nieludzkiego albo poniżającego traktowania i karania skazanego.

Rozdział VII mówi o uczestnictwie społeczeństwa w wykonywaniu orzeczeń oraz o pomocy w społecznej readaptacji skazanych.

Art. 164&1 stanowi, iż : Okres do 6 mieś. przed przewidywanym warunkowym zwolnieniem lub przed wykonaniem kary stanowi, w miarę potrzeby, czas niezbędny na przygotowania skazanego do życia po zwolnieniu, zwłaszcza dla nawiązania kontaktu z kuratorem sądowym lub z innymi podmiotami.

W art. 165&1 zaleca się, by ten okres kary odbywał, w miarę możliwości, w zakładzie najbliżej położonym jego przyszłego miejsca zamieszkania. Kkw mówi o trzech systemach wykonywania kary: zwykły, terapeutyczny, programowego oddziaływania.

Wszystkim przyświeca cel resocjalizacji, jednak szczególnie ukierunkowany na resocjalizacje jest system programowego oddziaływania.

W kodeksie k.w. wyrażona została zasada preferowania zakładów półotwartych i otwartych. Takie są też zalecenia Reguł Minimum i Europejskich Reguł Więziennych.

Niestety niektóre zapisy Kkw w praktyce okazują się być deklaracjami. Najważniejsze przeszkody w ich realizacji, największe problemy jednostek penitencjarnych to brak pracy dla skazanych, brak środków finansowych i przeludnienie. Stawia to, oczywiście, pod wielkim znakiem zapytania m.in. możliwość realizowania konkretnych programów oddziaływań.

Do największych praktycznych osiągnięć czasu zmian zaliczyć można pozytywny, w zasadzie, stosunek do osadzonych. Budzi to czasem, jak wynika z relacji więzienników, zastanowienie i podziw nawet penitencjarzystów takich krajów, jak Holandia czy Szwajcaria. Trochę upraszczając, można rzec, że kryje się za tym również nasze nienadążanie cywilizacyjno -techniczne, a raczej materialne, nie odczłowieczyliśmy naszych stosunków przez pełniejsze zastąpienie człowieka elektroniką.

Dzieje się też u nas wiele wspaniałych rzeczy, jak na przykład Szkoła Kofoeda w Siedlcach, realizacja programu mediacji dla skazanych i ich ofiar w więzieniu we Wrocławiu. Na Monte w Krakowie dzięki entuzjazmowi pracowników, niektórych, wykreowano szopkarza, zdobywcę nagród na corocznych konkursach szopek, skazanemu reżyserowi pozwolono działać jako reżyserowi właśnie, zrobił już kilka filmów. Tyle tylko, że są to działania jednostkowe, nie powszechne, a entuzjaści częściej doświadczają goryczy niedoceniania, niż spotykają się z uznaniem.

W maju 1991 r. powstał w Krakowie Oddział Patronackiego Stowarzyszenia Penitencjarnego. Przyjmując stanowisko przewodniczącej Krakowskiego Oddziału Patronatu powróciłam znów na kilka lat do więzienia, do bezpośrednich kontaktów z osobami pozbawionymi wolności.

[29]


[1] Posłałam na konkurs zorganizowany przez Dookoła Świata. Redakcja przesłała tekst do władz więziennictwa.

[2] W okresie 1973 – 1975 (oczywiście, nie w przestrzeni ciągłej) miałam możliwość zwiedzania, prawie wyłącznie na własny koszt, ośrodków penitencjarnych w następujących krajach:

  • Francja – nowoczesny areszt dla mężczyzn w Grenoble; zespół aresztów wraz ze szpitalem więziennym w Marsylii; kolonię rolną w Casabianda na Korsyce; zakład dla mężczyzn z odchyleniami psychicznymi w Haguenau; więzienie – szkołę w Oermingen; Fleury-Merogis – nowoczesne centrum penitencjarne pod Paryżem. aguenauHH H
  • Włochy – stary areszt śledczy w Rzymie Regina Coeli; nowy zakład karny Rebibia pod Rzymem; Centrum Obserwacyjno-Rozdzielcze w Rebibii; więzienie – szkoła w Civitavecchia.
  • Szwajcaria – zespół zakładów karnych Hindelbank w Hindelbank/ Bern; dom poprawczy dla chłopców w Preles.
  • RFN – zakład karny dla mężczyzn we Freiburgu
  • Szwecja – zakład centralny zamknięty dla mężczyzn w Osteraker, zakłady lokalne zamknięte w Karlskrona i Ystad; zakład lokalny otwarty pod Sztokholmem.

[3] Są to fragmenty opracowania przesłanego na konkurs zorganizowany przez Dookoła Świata.

[4] Do moich mistrzów należeli prof. prof. Janina i Tadeusz Kotarbińscy, prof. prof. Maria i Stanisław Ossowscy, prof. Kazimierz Ajdukiewicz, prof. Klemens Szaniawski. Szczególnie bliscy byli i pozostali (na zawsze w pamięci, we wspomnieniach) profesorostwo Ossowscy; jeszcze jako studentka przyjęta zostałam do grona osób zaprzyjaźnionych.

[5] Rozumność, inteligencja i dobroć zaprawdę nie mają określonego miejsca, nie są przypisane do jednego poziomu w stratyfikacji wykształcenia, pozycji społecznej, pozycji zawodowej. Ludzi takich, jak oddziałowa Alicja, spotykałam wśród profesorów ale także wśród innych jeszcze osób z podstawowym wykształceniem.

[6] Formalnie odeszłam 31.12.1962 r. Na staż asystencki w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Krakowie przyjęta zostałam (formalnie) 15.11.1962.

[7] Pisane w lutym 1963 w związku z konkursem D.Ś. p.t. Moja pierwsza praca.

[8] Był to zakład trochę nietypowy, przebywały w nim przede wszystkim młodociane, więc nastawienie odgórne na naukę, a także na ich zatrudnienie. Była szkoła fryzjerska, krawiecka, prowadzono liczne kursy. Część kobiet wyjeżdżała do pracy na zewnątrz zakładu karnego.

[9] Fleury Merogis to ogromny i jeden z najnowocześniejszych (odnosi się to do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku) ośrodków penitencjarnych Francji. Składa się nań areszt dla kobiet (przebywają w nim też skazane, którym do końca kary pozostało nie więcej niż rok), areszt dla mężczyzn, areszt dla młodocianych (mężczyzn), a także szkoła dla funkcjonariuszy więziennych.

[10] W ten sposób rozwiązany został, w tym konkretnym przypadku, problem niedostatecznej liczby pracowników występujący w innych zakładach penitencjarnych Francji.

[11] To co przez słowo ludzkie w tym kontekście chcę wyrazić oddaje następująca sytuacja – spotkanie. W czasie zwiedzania jednego z więzień polskich mogłam wejść do celi, w której znajdował się człowiek skazany na śmierć(oczekiwał jeszcze ułaskawienia). W celi nie przebywał sam, było kilku innych z różnymi wyrokami (byli raczej spokojni, zrównoważeni – dokonano specjalnego ich doboru). Dzięki ich obecności, wspólnym zajęciom, mimowolnego uczestniczenia w ich życiu – poznawania problemów, kłopotów rodzinnych, wizja własnego losu nie trwała przy nim ciągle i koszmarnie. W jego zachowaniu nie ujawniało się nic co wskazywałoby na niespokojny, ciemny stan wewnętrzny.

[12] Niejednokrotnie już, m.in. w prasie francuskiej, podnoszono sprawę zwiększonej ilości samobójstw w nowoczesnych zakładach penitencjarnych, w szczególności wśród osób zatrzymanych do śledztwa; przebywają oni w celi przez dłuższy okres czasu, w trakcie trwania śledztwa nie wychodzi się do pracy (zresztą nie starcza jej czasem nawet dla skazanych), i prawie nie mają kontaktów z innymi ludźmi.

Zwracano uwagę na negatywne oddziaływanie wielkich i w znacznej mierze zautomatyzowanych centrów penitencjarnych. Krytyka ta miała bezpośredni wpływ na decyzje na przykład władz więziennych we Włoszech: przerwano rozbudowę ośrodka penitencjarnego w Rebibii pod Rzymem. Zwycięstwo odniosła idea tworzenia małych ośrodków penitencjarnych, umożliwiających częstszy kontakt personelu więziennego z podopiecznymi, pozwalających uniknąć m.in. niszczącego uczucia anonimowości.

[13] We Włoszech miałam szansę wejść na teren następujących instytucji: stary areszt śledczy w Rzymie Regina Coeli; nowy zakład karny Rebibia pod Rzymem; Centrum Obserwacyjno-Rozdzielcze w Rebibii; więzienie – szkołę w Civitavecchia.

[14] Halina Wantuła, Przestępca a poczucie winy- niepublikowana praca doktorska (1970).

[15] Bardzo zbliżoną sytuację kształtowania się nowej stratyfikacji populacji więziennej – na bazie posiadania, przeżywamy aktualnie w naszych polskich więzieniach.

[16] Przez kilka dni przebywałam w zakładzie karnym Hindelbank (właściwie zespół instytucji penitencjarnych), mieszkałam na terenie więzienia. Byłam też w domu poprawczym dla chłopców w Preles.

[17] W RFN byłam jedynie w ośrodku penitencjarnym dla mężczyzn we Freiburgu, jednak przez kilka dni.

[18] Rozważania dotyczące oceny i sensu działalności Sozialpolitische Arbeitskreise i Burgerkreis zawarłam w monografii Kara pozbawienia wolności – w praktyce i w ocenie społecznej, Akademia Ekonomiczna w Krakowie, Kraków 1982 (ss 48-51).

[19] Moje więzienne wędrówki po Szwecji zawdzięczam profesorom paryskiego uniwersytetu Paris III – panu George Levasseur i Jean Pinatel. To oni zwrócili się do swoich szwedzkich kolegów kryminologów o zaproszenie mnie. A pieniądze? – 130 dolarów, które można było otrzymać dla celów turystycznych, pewnie jeszcze jakieś drobne grosze jakoś uzbierane. Nocleg najpierw w kajucie na statku Zygmunt Waza(schronisko młodzieżowe), a potem u Szweda Larsa– znajomego poznanych w Polsce Szwedek. Bardzo sympatyczny, chory na cukrzycę, żyjący w wolnym związku z kobietą, z którą miał dziecko; nie mieszkali jednak razem. Uwielbiał muzykę Dworzaka, jeździł do Pragi, by jej tam słuchać, Jedzenie? Banany najczęściej, czasem obiad w więziennej kantynie, chyba kiedyś też wspólnie przygotowany posiłek z Larsem(pamiętam tylko gotowanie ziemniaków w mundurkach). Ogromne pragnienie zjedzenia jabłka, ale jabłka były dużo droższe od bananów.

[20]Kriminalvardsstyrelsen =można przetłumaczyć jako Zarząd Więziennictwa.

[21] Ta wizja nie spełniła się. W 1980 miało być 500 osób osadzonych w więzieniach; 31 grudnia 1979 r. było 3307 (Ratsstatistisk arsbok 1980).

[22] Karę pozbawienia wolności realizowało się w Szwecji w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w dwóch podstawowych typach zakładów: centralnych i lokalnych.

[23] Więcej o przepustkach w podrozdziale Sytuacja penitencjarna w Polsce.

[24] Jeszcze po 1989 r. – już w okresie zaszłych i zachodzących zasadniczych zmian w polskim więziennictwie, dostęp do telefonu traktowany był jako luksus, nawet przez pierwszego w nowej sytuacji polityczno-społecznej Dyrektora Centralnego Zarządu Więziennictwa – p. Pawła Moczydłowskiego autora wielu rewolucyjnych w tamtym okresie zmian w polskim systemie penitencjarnym. Uzasadnienie negatywnego ustosunkowania się do stanowiska ówczesnego Rzecznika Praw Obywatelskich profesora Zielińskiego upominającego się o prawo osób pozbawionych wolności do telefonicznego kontaktu ze światem zewnętrznym: nie mamy pieniędzy.

[25] Thomas Mathiesen – dziś uznany w świecie norweski kryminolog.

[26] Alain Besançon, Krótki traktat sowietologiczny, na użytek władz cywilnych, wojskowych i religijnych. Kr.: KOS 1980.{bibuła}

[27] Patrz na przykład: Barbara Stańdo- Kawecka, Prawne podstawy resocjalizacji, Zakamycze 2000.

[28] Pracę przymusową więźniów niektórzy postrzegali jako ostoję trwania instytucji więzienia. Jedną z dróg wiodących do abolicji kary pozbawienia wolności miało być jej zniesienie. Taki pogląd wyraża G. de Jonge, Prison Abolition in a Dutch Perspective. The Strategic Value of the Struggle Against Forced Labour, Rotterdam 1987, maszynopis.